Pod koniec czerwca burze nad południową Anglią i północną Europą poważnie zakłóciły ruch lotniczy w Londynie. Około 900 lotów z lotnisk Heathrow i Gatwick było opóźnionych, a część pasażerów czekała nawet 11 godzin. Dziesiątki kolejnych rejsów odwołano, a problemy dotknęły także samoloty lecące do Londynu z innych europejskich portów.

Burze ograniczają dostępną przestrzeń powietrzną, zmuszając kontrolerów do zmiany tras i wstrzymywania startów. Samoloty, które nie mogą lądować na jednym lotnisku, są kierowane do innych portów. Te również mogą szybko się zapełnić, ponieważ potrzebują miejsc postojowych, paliwa oraz zaplecza dla pasażerów. W londyńskim regionie szczególne znaczenie ma duże zagęszczenie ruchu.

W centrum kontroli National Air Traffic Services w Swanwick burze są stale śledzone na radarach i porównywane z prognozami. Tim Atkinson, konsultant ds. ryzyka i były pilot, ostrzega przed jednoczesnym wyłączeniem z operacji Heathrow, Gatwick, Luton i Stansted. Mogłoby to skierować wiele samolotów do innych portów, a w skrajnym przypadku zwiększyć ryzyko wyczerpania paliwa w powietrzu. Przepisy wymagają, by maszyny miały zapas na lot do lotniska zapasowego oraz dodatkowe 30 minut. Były menedżer linii lotniczej Andrew Charlton ocenia jednak takie zagrożenie jako mało prawdopodobne i uważa, że branża potrafi reagować na trudne sytuacje.

Źródła